O mnie
Jaroslaw 33 — zawsze chciałem wiedzieć, co jest poza mapą

Kiedy byłem dzieckiem, zadawałem pytania, na które trudno było odpowiedzieć. Pytałem o „koniec literek”. Fascynowało mnie, że coś może się kończyć, ale jeszcze bardziej — że może nie mieć końca.
Zastanawiałem się, co by się stało, gdybym zaczął lecieć pionowo w górę i nigdy nie przestał. Gdzie bym dotarł? Kiedy musiałbym się zatrzymać? A jeżeli istnieje jakaś ostatnia granica, to co znajduje się za nią? Kolejna przestrzeń? Pustka? Następny świat?
Przecież nawet za końcem musiałoby być jakieś „dalej”.
Nie znałem wtedy języka filozofii. Miałem ciekawość, która nie dawała mi spokoju. Odpowiedź „tak po prostu jest” rzadko mi wystarczała.
Dzisiaj widzę, że przez całe życie wracam do podobnego pytania: co znajduje się poza tym, co już znam — poza obrazem, poza przyjętymi zasadami, poza mapą, po której nauczyłem się poruszać?
Dziecko, które obserwowało również siebie
Od małego analizowałem nie tylko otaczający mnie świat, ale też samego siebie. Własne zachowanie, reakcje i emocje. Zastanawiałem się, dlaczego coś powiedziałem, dlaczego się zezłościłem, dlaczego w jednej sytuacji potrafiłem być swobodny, a w innej zamykałem się w sobie.
Ta samoobserwacja została ze mną do dzisiaj.
Potrafię wracać do rozmowy, rozkładać ją na części i szukać tego, czego wcześniej nie zauważyłem. Przyglądam się temu, co czuję, jak reaguję i co uruchamia we mnie konkretny człowiek albo sytuacja. Czasem pomaga mi to zrozumieć siebie. Czasem męczy, bo trudno wyłączyć analizę i po prostu odpocząć.
Moje dzieciństwo nie było spokojną przestrzenią do odkrywania świata. Wracają z niego napięcie, wstyd, strach przed reakcją innych i poczucie, że muszę uważać. Obok ciekawości wcześnie pojawiła się potrzeba zrozumienia, dlaczego ludzie potrafią tak bardzo się ranić.
Pisałem pamiętnik. Próbowałem zachować miejsce, w którym mogłem powiedzieć to, czego nie potrafiłem wypowiedzieć na głos. Między kartkami miałem trochę własnej przestrzeni. Mogłem przyjrzeć się myślom, zanim ktoś zdążył mi powiedzieć, co powinienem myśleć.
Poza granicami gry
To samo poszukiwanie pojawiało się w grach komputerowych.
Oprócz samej rozgrywki interesowało mnie, gdzie kończy się przygotowany świat. Szukałem miejsca, przez które można wydostać się poza mapę — poza teren, po którym miałem chodzić, poza ściany i ograniczenia przewidziane przez twórców.
Chciałem zobaczyć przestrzeń bez grafiki. Polecieć dalej, nawet jeśli nie było tam już niczego, co przypominałoby normalną grę.
Praktycznie w każdej grze, w którą grałem, udawało mi się znaleźć sposób, żeby wyjść poza mapę. Poza jej granice.
Było coś fascynującego w chwili, kiedy kończyły się budynki, krajobraz i wszystkie przygotowane dekoracje. Zostawała przestrzeń, której gracz miał nie oglądać. Świat na ekranie nagle pokazywał swoje krawędzie.
Dzisiaj ten obraz dobrze opisuje część mojego sposobu myślenia. Widzę jakiś system i chcę wiedzieć, jak działa. Gdzie są jego ograniczenia? Które są rzeczywiste, a które ktoś po prostu ustawił? Czy istnieje inna droga niż ta, którą wszyscy przede mną uznali za jedyną?
Pytania stawały się ostrzejsze
Z wiekiem coraz mniej pytałem o granice przestrzeni, a coraz więcej o ludzi.
Dlaczego powtarzamy zachowania, przez które cierpimy? Dlaczego słowa tak często nie zgadzają się z czynami? Dlaczego ktoś oczekuje szacunku, a jednocześnie odbiera go innym? Dlaczego tak trudno przyznać się do błędu albo zauważyć własny udział w problemie?
Bywało, że wyrażałem to wprost: „Dlaczego ludzie są tacy ślepi i głupi?”.
A wiele pytań, które miałem wtedy w głowie, było jeszcze ostrzejszych. Znacznie ostrzejszych.
Było w nich rozczarowanie, złość i bezradność wobec tego, co widziałem. Nie rozumiałem, dlaczego tak wiele osób potrafi bronić czegoś, co je niszczy, albo powtarzać cudze przekonania, nie zatrzymując się nawet na chwilę, żeby je sprawdzić.
Jednocześnie od dawna przyglądałem się również sobie. Swoim ślepym miejscom, sprzecznościom i sytuacjom, w których robiłem coś innego, niż wynikało z tego, co rozumiałem.
Dlatego interesuje mnie psychologia. Chcę wiedzieć, co nami porusza. Jak powstają nasze schematy? Dlaczego tak łatwo wchodzimy w znajome role? Co sprawia, że czasem bronimy własnego więzienia, bo przynajmniej znamy jego ściany?
Wychodzenie poza ciało, wychodzenie poza mapę
W wieku młodzieńczym moje poszukiwania objęły również świadomość, sny i doświadczenia poza ciałem. Czytałem, próbowałem różnych praktyk i zapisywałem swoje obserwacje.
Pojawiły się doświadczenia, które przeżywałem jako wychodzenie poza ciało. W moim osobistym języku było to kolejne „wychodzenie poza mapę”, tym razem niezwiązane z ekranem komputera.
Wracały pytania z dzieciństwa, tylko w innej postaci. Gdzie kończy się to, co wiem o sobie? Czym jest przestrzeń, którą odczuwam? Jak bardzo mój obraz świata zależy od sposobu, w jaki go doświadczam?
Motyw granicy przewija się przez całe moje życie. Granicy między tym, co widoczne i niewidoczne, między automatyczną reakcją a świadomym wyborem, między światem, który zastałem, a tym, który chciałbym współtworzyć.
Dużo empatii, dużo wewnętrznej złości
Mam w sobie dużą empatię, ale też ogromną wewnętrzną złość. Obie te rzeczy są prawdziwe.
Mocno przeżywam cierpienie, upokarzanie i niesprawiedliwość. Zależy mi, żeby człowiek nie czuł się przy mnie gorszy, zagrożony albo zmuszony do ciągłego udowadniania swojej wartości. Jednocześnie sam potrafię być przeciążony, rozdrażniony i pełen napięcia.
Nie chcę przedstawiać siebie jako kogoś, kto zawsze reaguje spokojnie i wszystko rozumie. Jest we mnie także ta część, która się buntuje, ma dość i nie wie, co zrobić z nagromadzonymi emocjami.
Niejednokrotnie rozumiem coś w głowie, a potem w życiu i tak działam na autopilocie. Wiem, jaki schemat się uruchamia, potrafię go nazwać, a mimo to reaguję po staremu. Dopiero później orientuję się, że znowu pojechałem tą samą drogą.
Właśnie tutaj zaczyna się dla mnie prawdziwa praca nad sobą. W tej konkretnej chwili, kiedy mogę zauważyć reakcję trochę wcześniej. Zatrzymać się. Powiedzieć coś inaczej. Wyznaczyć granicę. Albo po błędzie wrócić i wziąć za niego odpowiedzialność.
Nie zawsze mi się to udaje. Ale chcę widzieć, co robię, zamiast bez końca udawać, że problem istnieje wyłącznie na zewnątrz.
Świat mnie nie rozpieszczał
Depresja, fibromialgia, stany lękowe i zaburzenia osobowości są częścią mojej codzienności. Wpływają na moje życie, ale nie opisują wszystkiego, kim jestem.
Ból, napięcie i zmienny poziom energii wpływają na moje możliwości. Są dni, kiedy mogę tworzyć, uczyć się i rozwijać kilka rzeczy. Są również takie, kiedy muszę zwolnić i dostosować plany do tego, na co pozwala mi organizm.
Nie chcę opowiadać historii, w której wystarczyło odpowiednio pomyśleć i wszystkie trudności zniknęły. Moja droga nie jest tak prosta. Nie uważam też, że każde cierpienie było potrzebne albo że trzeba znaleźć dla niego piękne uzasadnienie.
Mimo wszystko uważam, że lepiej próbować przerobić to, co negatywne, na coś pozytywnego, niż zanurzyć się w ciemności i krzywdzić innych.
Nie muszę przekazywać dalej wszystkiego, co mnie spotkało. Mogę próbować zamienić część bólu w zrozumienie, złość w granicę, a chaos w coś, co uda się stworzyć. Czasem będzie to tekst. Czasem film. Czasem zwykła rozmowa, w której nie potraktuję drugiego człowieka tak, jak kiedyś potraktowano mnie.
Nie chodzi o udawanie światła. Chodzi o to, żeby w ciemności nie zgubić możliwości wyboru.
Egregory — to, czemu oddajemy uwagę
W języku Nowej Ziemi używam pojęcia egregorów. Są dla mnie metaforą zbiorowych schematów, opowieści i emocji, które ludzie podtrzymują wspólną uwagą.
Wyobrażam je sobie jak wielkie miasta zbudowane nie z betonu, lecz z powtarzanych myśli. Każda rozmowa zapala w nich kolejne okno. Każda reakcja dokłada następny fragment historii. Jedne takie przestrzenie pomagają ludziom współpracować. Inne organizują ich życie wokół lęku, wstydu, wrogości albo potrzeby nieustannego udowadniania swojej racji.
Ten obraz pomaga mi przyglądać się całkiem zwykłym sytuacjom.
Wchodzę do internetu tylko na chwilę. Widzę coś, co mnie porusza. Czytam komentarze, odpowiadam, wracam sprawdzić odpowiedź. Mija godzina, a ja nadal prowadzę w głowie rozmowę z kimś, kogo nawet nie znam. Mój własny dzień stoi w miejscu, ale konflikt rozwija się doskonale.
To właśnie nazywam oddawaniem uwagi destrukcyjnemu egregorowi.
Mogę być przeciwko jakiejś historii, a jednocześnie przez cały dzień żyć wyłącznie nią. Wtedy mój sprzeciw nie daje mi wolności. Nadal układam życie wokół tego, czego nie chcę.
Zaczynam więc pytać: czemu poświęcam swój czas? Co wzmacniam swoim zachowaniem? Czy po tej rozmowie mam więcej jasności, czy tylko większą potrzebę kolejnej rundy?
Wybrałem kierunek i po prostu idę
Nie chcę poświęcać życia na walkę z każdym egregorem, cudzym przekonaniem i regułą, która mi nie odpowiada. Nie muszę przekonać całego świata, żeby zacząć budować coś własnego. Mogę tworzyć obok — rozwijać swoją przestrzeń, spotykać ludzi, z którymi jest mi po drodze, i sprawdzać, co z tego powstanie.
Nie potrzebuję robić z tego wielkiej misji ani nadawać każdemu krokowi ogromnej ważności. Jestem tutaj, w tym życiu, i po prostu sobie działam. Mam pomysł, próbuję. Coś wychodzi, coś poprawiam. Czasem odpoczywam, czasem zmieniam plan. Chcę mieć w tym również luz, ciekawość i zwykłą przyjemność tworzenia.
Dokonałem wyboru: chcę iść w stronę Nowej Ziemi. W stronę większej świadomości, wolności, empatii i współpracy. I w tym kierunku idę, swoim tempem. Nie muszę codziennie udowadniać, że to wielka sprawa, ani uzależniać własnej wartości od tego, jak szybko zobaczę efekty.
Mogę traktować swój kierunek serio, a jednocześnie nie spinać się na punkcie każdego wyniku. Nie wszystko musi się udać dokładnie tak, jak sobie wymyśliłem.
To nie oznacza zgody na krzywdę. Nadal mogę powiedzieć „nie”, wyznaczyć granicę albo odejść. Po prostu nie chcę zostawać w każdej walce na zawsze. Wolę zostawić sobie czas i uwagę na życie, które wybrałem.
Dwie linie czasu. Dwa egregory.
Kiedy myślę o Starej i Nowej Ziemi, widzę dwa kierunki. Dwa odmienne sposoby odpowiadania na to samo doświadczenie.
W mojej wizji linie czasu rozchodzą się jak świetlne ścieżki w ciemności. Jedna wraca do znajomych reakcji: strachu, dominacji, upokorzenia, walki o przewagę. Druga prowadzi w stronę większej świadomości, współpracy, wolności i odpowiedzialności.
Stara Ziemia i Nowa Ziemia są dla mnie nazwami tych kierunków. To nie podział ludzi na dwa gatunki — dobrych i złych. Obie możliwości rozpoznaję również w sobie.
Jestem zraniony. Mogę przekazać to zranienie dalej albo spróbować przerwać ten ciąg.
Jestem wściekły. Mogę kogoś poniżyć albo powiedzieć jasno, na co się nie zgadzam.
Widzę problem. Mogę poświęcić mu całą uwagę albo część tej uwagi przeznaczyć na rozwiązanie.
Tak rozumiem wybieranie linii czasu w codziennym życiu. Nie wszystko zależy ode mnie. Nie wybieram wszystkich okoliczności ani cudzych decyzji. Ale tam, gdzie mam choć trochę wpływu, mogę szukać innej odpowiedzi niż ta, która dotychczas uruchamiała się automatycznie.
W tym obrazie istnieje więcej możliwości niż tylko dwie. Przyszłość przypomina rozgałęziającą się mapę, a Stara i Nowa Ziemia wskazują mi ogólny kierunek. Nie muszę znać całej trasy, żeby wykonać jeden krok.
Czasem ten krok jest mały i zupełnie niewidowiskowy. Wyłączenie telefonu. Odpoczynek. Dotrzymanie słowa. Przeprosiny. Zrobienie czegoś, co od tygodnia odkładam.
Dla mnie właśnie w takich miejscach wielkie idee spotykają się z rzeczywistym życiem.
Nowa Ziemia nie może być kolejnym przymusem
Jeżeli mówię o dwóch egregorach, chcę również uważać na to, co budujemy pod nazwą Nowej Ziemi.
Nie chcę przestrzeni, w której trzeba myśleć tak samo, żeby zasługiwać na szacunek. Nie chcę zastępować jednego zestawu nakazów drugim ani tworzyć kolejnej grupy, która potrzebuje wroga, żeby czuć własną jedność.
Nasza wizja powinna zostawiać miejsce na pytania, różnicę zdań i odejście. Na ludzi, którzy rozumieją duchowość inaczej albo wcale nie używają duchowego języka.
Jeśli ma nas coś łączyć, chciałbym, żeby było to widoczne w sposobie działania: w uczciwości, współpracy, ochronie granic i w tym, jak traktujemy człowieka, który niczego nie może nam zaoferować.
Wspólna opowieść ma pomagać żyć. Nie zajmować całego życia.
Numerologia i zapis w duszy
Numerologia jest jednym z języków, przez które przyglądam się swojej historii. Bliska jest mi obecna w jej duchowych interpretacjach opowieść o ludziach przychodzących na świat po to, żeby wnosić więcej świadomości i „podnosić wibracje”.
Odnajduję w tej opowieści coś, co do mnie przemawia. Czasem zastanawiam się, czy moje ciągłe pytania, potrzeba rozumienia i niezgoda na bezmyślne krzywdzenie innych są czymś, co w duchowym języku mógłbym nazwać zapisem w duszy.
Jak motyw, który powraca w różnych rozdziałach życia. Najpierw jako pytanie dziecka o nieskończoność. Później jako poszukiwanie przejścia poza mapę. Dzisiaj jako potrzeba tworzenia czegoś, co ma dla mnie znaczenie.
To osobisty sposób nadawania sensu mojej drodze. Nie potrzebuję, żeby każdy odczytywał ją tak samo.
Jeżeli mówię o podnoszeniu wibracji, chcę przekładać to również na zwykłe życie: więcej empatii, uczciwości, odpowiedzialności i świadomych decyzji. Inaczej nawet najpiękniejsze słowa pozostaną tylko dekoracją.
Dlaczego tworzę New Earth Studio
Dzisiaj łączę zainteresowanie człowiekiem z technologią, sztuczną inteligencją, obrazem, filmem i muzyką. Lubię sprawdzać, próbować, poprawiać i widzieć, jak pomysł nabiera konkretnej formy.
Przyciąga mnie cyberpunk i psychodeliczna wyobraźnia. Neon odbity w wodzie. Miasto zanurzone w cieniu. Światło przebijające się przez burzę. Znany krajobraz, który nagle odsłania przejście do czegoś nowego.
W takich obrazach znajduję język dla własnych doświadczeń i pytań. Mogę pokazać napięcie między technologią a człowiekiem, między przeciążeniem a ciszą, między tym, co odziedziczyliśmy, a tym, co dopiero próbujemy sobie wyobrazić.
New Earth Studio jest miejscem, w którym te zainteresowania mogą się spotkać. Chcę dzielić się refleksjami, tworzyć materiały i stopniowo rozwijać praktyczne pomysły związane z Nową Ziemią.
Nie chcę, żeby cały ten projekt był zbudowany wyłącznie na złości wobec starego świata. Znam tę złość i wiem, ile miejsca potrafi zająć. Chcę część tej uwagi przeznaczać na to, co można zrobić inaczej.
Dlatego mówię „nasza wizja”, a nie tylko „moja”.
Widzę tu przestrzeń dla ludzi, którzy mają różne doświadczenia, a mimo to chcą współtworzyć coś wartościowego. Nie musimy zgadzać się we wszystkim. Możemy spotkać się przy jednym pomyśle, jednej rozmowie albo jednym działaniu.
Nie przychodzę z ukończoną wersją siebie. Nadal pytam, analizuję, popełniam błędy i zmieniam zdanie. Ta strona będzie rozwijać się razem ze mną.
Starą żegnamy z miłością
Kiedy mówię: „Wspólnie tworzymy Nową Ziemię, a starą żegnamy z miłością”, nie chodzi mi o wymazanie tego, co było, ani o usprawiedliwianie krzywdy.
Chodzi mi o to, żeby przeszłość nie zajmowała całej przyszłości.
Mogę pamiętać. Mogę wyciągać wnioski. Mogę nie wracać do miejsc i relacji, które mnie niszczyły. Jednocześnie chcę pozostawić sobie możliwość przeżycia czegoś, czego jeszcze nie znam.
Nie muszę do końca życia stać przy zamkniętych drzwiach i tłumaczyć im, dlaczego powinny się otworzyć.
Są inne drogi. Inne spotkania. Inne rzeczy do stworzenia.
Kiedyś szukałem miejsca, przez które można wylecieć poza mapę.
Dzisiaj pytam również: co chcemy wspólnie zbudować, kiedy odkryjemy, że znana nam mapa nie jest jedyną możliwością?